1 września 1971r.
Mała dziewczynka stała w tłumie ludzi oblegających dworzec King Cross. Narastała w niej panika. Przygniatała jej pierś nieustającymi falami, rosnącymi w siłę przy każdym zaczerpniętym oddechu. Pięć minut. Marne pięć minut pozostało do odjazdu jej zaczarowanego pociągu. Potem zniknie na zawsze: już nigdy nie spotka miłego czarodzieja o długiej siwej brodzie. Nigdy nie nauczy się jak robić czary tą smukłą, drewnianą różdżką. Nigdy nie dowie się, czy to wszystko sen, czy jawa. Nie widziała nic. Nie zauważała ludzi, którzy byli ślepi na rozpacz dziecka.
- Nie martw się kochanie, - matka pogłaskała ją po rudej czuprynie - pan Dumbledore mówił, żeby stać koło tego słupa. Jeśli to prawda, to poczekamy jeszcze chwilkę. Jeśli nie, to pójdziemy na wieeelkie lody czekoladowe. - obiecała, pragnąć ulżyć nieco dziecku. Czuła ogromne zażenowanie.
Jej dłoń coraz silniej zaciskała się na pasku skórzanej torebki.
Sama nie wiedzała, czy to prawda. Mężczyzna był tak przekonywujący, ta cała ulica Pokątna, magia... Kupili wszystkie książki i tę paskudną żabę, którą dziewczynka desperacko przyciskała do piersi. Jeśli mała przez tych przebierańców przeżyje załamanie nerwowe, to ich wszystkich pozwie.
- Peron 9i3/4. Mamusiu, taki przecież nie istnieje ... - załkała zrozpaczona dziewczynka. - Mogę zatrzymać Lucy?
- Ej! - coś chudego, czarnego w okularach szturchnęło ją boleśnie w przedramię. Złapała za nie automatycznie, jęcząc głośno. Już chciała poskarżyć się mamie, kiedy przed oczami śmignął jej równie dziwny bagaż jak jej samej. - Hogwart?
Nadzieja rozbłysła w niej jasnym światłem. Bardzo długo wposminała te uczucia. Jakby ktoś oddał jej ukochane słońce. Zapomniała o pękającym bólu drobnego ramienia.
- Tak. - odparła, a łzy szczęścia wystąpiły z brzegów jej duszy. - Jestem Lily.
- Jestem James.